|
Szanowni Państwo,
Niniejszym zapraszamy na metę "Ekspedycji Stulecia" - najdłuższej i najtrudniejszej w dziejach motoryzacji ekspedycji.
Czwartek 03 IV 2008 o godz. 12.00, Gdańsk Wrzeszcz - C.H. Manhattan.
09 stycznia wyruszyła ze Starogardu Gdańskiego, a w Gdańsku ma zakończenie polsko-rosyjska wyprawa, która przejechała jednym samochodem całą Eurazję, od jej krańców w Portugalii poprzez Europę, Rosję, Syberię, aby dotrzeć do Morza Beringa na krańcu Azji. Załoga składająca się z dwóch Polaków (m.in. gdańszczanin) oraz Rosjanina dokonała tego, czego jeszcze nikt na świecie nie dokonał. Dotychczasowe ekspedycje, składające się zawsze z kilku pojazdów i dodatkowego zaplecza sprzętowego, nie zdołały dojechać na kołach i o własnych siłach tam, gdzie dotarli członkowie trzyosobowej, ale jednosamochodowej "Ekspedycji Stulecia".
Największy wyprawowy samochód, zbudowane specjalnie 15-tonowe monstrum, nazywane w Rosji "wjezdochodem" wraca po największej w dziejach ekspedycji.
Pomimo ogromnych spustoszeń, jakich dokonał 63-stopniowy mróz, licznych odmrożeń, nie działających części samochodowych, m.in. skrzyni biegów ( od 10.000 km pojazd wraca bez biegu wstecznego), podziurawione sprzęgło - mimo wszystko wraca o własnych siłach, by zakończyć, uwieńczone sukcesem ogromne przedsięwzięcie.
Na mecie dostępne będą materiały zdjęciowe na nośnikach CD dla mediów.
Aktualne materiały dla mediów do pobrania znajdują się na serwerach X3MTV, pod adresem www.x3mtv.pl/greatrace/ Zamieszczone materiały mogą Państwo umieszczać bezpłatnie na swoich stronach internetowych. Prosimy także wszystkie zainteresowane media o mail na adres m.chomicz@x3mtv.pl. Na podane adresy będą rozsyłane informacje z trasy jak tylko otrzymamy nowe wieści od ekipy, która teraz przemierza skutą mrozem Azję.
9 Stycznia 2008
Spotykamy się rano w pełnym składzie uczestników: Romuald Koperski, Marian Pilorz, Viktor Makarovskiy. Około dziewiątej wyjeżdżamy do Stargardu Gdańskiego, skąd zaplanowaliśmy oficjalny wyjazd z Polski. Uroczystość, jaką przygotowali nam włodarze miasta przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Około 11.00 wjechaliśmy na rynek miejski. 
Przywitali nas licznie zgromadzeni mieszkańcy oraz władze miasta z Prezydentem Panem Edmundem Stachowiczem na czele. Była orkiestra, poczet sztandarowy oraz liczna gromadka dzieci, machająca zwiewnymi chusteczkami. Zgromadzony tłum przywitał nas nad wyraz entuzjastycznie.

Po konferencji prasowej, która odbyła się w ratuszu miejskim nastąpiła główna część uroczystości.

Były przemowy, życzenia i wiwaty - byliśmy gwiazdami "całą gębą"... Obdarowano nas licznymi podarkami i życzono wszelkiej pomyślności. Cała ceremonia odbyła się w szczerej, uroczystej atmosferze.

Na koniec, "na szczęście" oblaliśmy nasz pojazd wybornym szampanem, po czym w asyście policji wykonaliśmy rundę honorową wokół rynku i wyjechaliśmy na trasę w kierunku Niemiec. Jako, że założyliśmy wysokiej klasy opony terenowe, których żal ścierać po asfalcie, postanowiliśmy na start do Paryża przetransportować pojazd ekspedycyjny niskopodwoziową przyczepą. Wieczorem na trasie, załadowaliśmy pojazd na lawetę, po czym ruszyliśmy dalej. Dzięki uprzejmości spedycji D&P Logistics S.p. z o.o. z Gdyni, zaoszczędziliśmy nie tylko opony, ale także niemałe koszta podróży, za co jeszcze raz serdecznie dziękujemy!!!
Kończąc dzisiejszy dzień, pragniemy podziękować władzom miasta i mieszkańcom Stargardu Gdańskiego, za uroczystość, jaką nam przygotowali, przy okazji raz jeszcze starogardzkiej Fabryce Mebli Okrętowych, za profesjonalną zabudowę kontenera mieszkalnego.
10 Stycznia 2008

W drodze do Paryża.
11 Stycznia 2008

Wieczorem zatrzymaliśmy się na dzielnicy przemysłowej Paryża, gdzie zjechaliśmy z transportującej nas naczepy.
12 Stycznia 2008
Paryż. Nastał długo oczekiwany dzień. Start Ekspedycji Stulecia, mającej za zadanie upamiętnienie setnej rocznicy wielkiego wydarzenia w dziejach motoryzacji, jakim był Wielki Wyścig Samochodowy, który wystartował w dniu 12.02.1908 r. z Nowego Jorku do Paryża. Około godziny 11.00 ulicami Paryża przemieszczamy się w kierunku miejsca startu, który wyznaczyliśmy pod Wieżą Eiffla.

Przed ponad rokiem do udziału w wyścigu wyzwaliśmy cały świat, jesteśmy bardzo ciekawi, kto podjął rękawicę, oczekujemy na starcie międzynarodowy tłum oraz wiele pojazdów.
Przed godzina 12.00 dojeżdżamy na miejsce. Wkoło wieży dosyć gwarno, sporo turystów, stojące autobusy nie widać jednak żadnych ekspedycyjnych pojazdów. Jesteśmy pewni, że parkują po przeciwnej stronie wieży. Dwukrotnie ją objeżdżamy i nikogo nie znajdujemy. Do startu pozostało 20 minut...

Ustawiamy pojazd w centralnym miejscu i czekamy. Godzina 12.00 - ze zdziwieniem stwierdzamy, że prócz nas nie stawił się na starcie żaden inny pojazd. Stwierdzamy, więc że nikt nie podjął rzuconej przez nas rękawicy. Skądinąd wiemy, iż w drodze do Paryża jest załoga z Mongolii, która pokonała już ponad 8000 km - na start jednak z niewiadomych nam przyczyn się nie stawiła. Pełni jesteśmy szacunku dla tych odważnych ludzi - gdzie reszta świata nawet nie pytamy.

Z przyjemnością jednak stwierdzamy, ze nasz apel nie pozostał bez echa - na starcie bowiem pojawiły się media, także paryska polonia.

Parę minut po dwunastej, na sygnale, honorową rundą wokół placu wyruszamy na spotkanie z wielką przygodą. Pozdrawiani przez ludzi, ulicami starego Paryża udajemy się w kierunku autostrady prowadzącej w do Portugalii.

Na starcie nikt się nie pojawił, więc nie mamy z kim rywalizować. Wielki Wyścig zamienił się więc w wielką wyprawę, o tyle ważną i wielką, iż zamierzamy jako pierwsi w historii w warunkach zimy syberyjskiej, pojazdem mechanicznym pokonać kontynent euroazjatycki. Chcemy przejechać go z najdalej wysuniętego na zachód, leżącego w Portugalii przylądka Roca do najdalej oddalonego na wschód przylądka Dieżniewa, leżącego nad Cieśniną Beringa - naturalną osiemdziesięciokilometrową granicą łączącą Rosję ze Stanami Zjednoczonymi. Niech nas Czukcze mają w opiece...
13 Stycznia 2008
Bordeaux Francja. Stoimy na parkingu i mimowolnie odpoczywamy - w "cywilizowanej" UE w niedzielę obowiązuję zakaz jazdy dla pojazdów powyżej 7 t.
14 Stycznia 2008
Krótko po północy wyruszamy w kierunku Przylądka Roca. Bez problemu pokonujemy Hiszpanię i spore wniesienia niedaleko Lizbony w Portugalii. Wieczorem docieramy niedaleko celu i zatrzymujemy się na nocleg. Jutro rozpoczynamy Ekspedycje Stulecia 2008 - towarzyszy nam niesamowity dreszczyk emocji.
15 Stycznia 2008
Około godziny 10.00 wąską, kretą prowadzącą pod górę drogą docieramy do Przylądka Roca w Portugalii.

Przylądek leży na Półwyspie Iberyjskim i jest najdalej na Zachód wysuniętym punktem kontynentu euroazjatyckiego.

Przylądek Roca znajduje na liczącym 144 n.p.m. skalistym klifie, skąd rozpościera się wspaniały widok na wybrzeże oceanu atlantyckiego.

Na przylądku znajduje się latarnia morska, a w części "turystycznej" kamienny krzyż z wyrytymi słowami portugalskiego poety Luisa Camôesa: "Tutaj ... gdzie ląd się z wodą miejscami zamienia".

W związku z faktem, iż żaden pojazd ekspedycyjny nie pojawił się na starcie w Paryżu, a więc nie mamy, z kim się ścigać, to tak naprawdę dzisiaj i z tego miejsca rozpoczynamy Ekspedycję Stulecia 2008. Jesteśmy jeszcze czyści, wygoleni i najedzeni...

Chociaż piaszczysty brzeg oceanu nie jest najodpowiedniejszym miejscem na przejażdżki ciężarówką, to jednak "kozacka dusza" kazała nam zjechać do samej wody. Piasek na plaży okazał się dosyć grząski i było co nie miara zabawy, aby na powrót pod wysoką górę wyjechać na twardy grunt. Niech nam ekolodzy wybaczą, ale plażę zryliśmy przykładnie... Wiemy jednak, że najbliższy wiosenny sztorm zatrze ślady naszej bytności w tym rejonie świata.

Zatrzymujemy się na chwilę w Lizbonie, po czym w strugach deszczu, wyruszamy w kierunku Przylądka Dieżniewa. Przed nami kilkanaście tysięcy kilometrów, bezludzie i bezdroże, góry, przełęcze, a przede wszystkim syberyjska zima, zamarznięte rzeki i jeziora oraz leżący w Jakucji Biegun Zimna. Najważniejsze jednak, że już wreszcie jedziemy na Wschód !!!
16, 17, 18, 19...?, stycznia 2008

W miarę możliwości bocznymi drogami przemieszczamy się w kierunku Gdańska, skąd 23 stycznia, honorowym startem wyruszymy w kierunku granicy z Rosją.
23 stycznia 2008

Nadszedł długo oczekiwany dzień. Start honorowy z Gdańska. Za nami zachodnioeuropejski ponad siedmiotysięczny odcinek wyprawy, a tak właściwie podróży, bo jakże tu inaczej nazwać jazdę od parkingu do parkingu. Dziś się to zmienia - jedziemy wreszcie na Wschód.
Na miejscu startu, które wybraliśmy przy gdańskiej marinie tłumnie pojawili się zaproszeni goście oraz mieszkańcy Gdańska. Przybyli sponsorzy, a także ludzie pomagający w przygotowaniu pojazdu, była kaszubska orkiestra. Przybyli licznie również dziennikarze reprezentujący słowo pisane, radio, a także telewizję.

Trudno opisać atmosferę wydarzenia - była spontaniczna i naturalna. Szczerze życzono nam wszelkiej pomyślności. Prócz ciepłych słów oraz życzeń otrzymaliśmy również wiele prezentów, a także przedmiotów użytkowych mających ułatwić nam przeżycie w nieprzyjaznych dla człowieka warunkach. Obcy czasami ludzie, ze szczerego serca obdarowywali nas różnymi przedmiotami - tyle ich było, że ich lista zajęłaby stronicę. Niekiedy aż łezka zakręciła się w oku, kiedy to np. starsza nieznana nam Pani, wręczyła nam, 50 € - aby pieniędzy w drodze nie zabrakło - powiedziała. Dodam, że owa Pani raczej nie wyglądała na majętną.

Trudno, więc wiernie opisać atmosferę startu - trzeba było być w tłumie, aby ją przeżyć. Jeszcze raz pragniemy wszystkimprzybyłym serdecznie podziękować za dobroć, którą otrzymaliśmy. Nie ukrywamy, że dodała nam ona wiary w celowość tego co robimy.
Teraz wiemy, że nasza determinacja dotarcia do celu to nie wszystko - jest jeszcze niepisane zobowiązanie wobec żegnających nas ludzi - zrobimy wszystko aby ich nie zawieść.
24 stycznia 2008
Dzisiaj opuszczamy Polskę. W Suwałkach robimy ostatnie niezbędne zakupy, po czym późnym popołudniem w Budzisku wjeżdżamy na terytorium Litwy. Wieczorem zatrzymujemy się w uroczym, położonym wśród lasów i jezior miejscu. Jest nawet trochę romantycznie - pada gęsty śnieg, wkoło błoga cisza, w kontenerze mieszkalnym ciepło i przytulnie.
25 stycznia 2008
Rano kontynuujemy jazdę w kierunku Rosji. Dzisiaj dla odmiany pada deszcz - wkoło szaro i ponuro. Na dawnej granicy z Łotwą zatrzymują nas celnicy - bardziej z ciekawości, aniżeli obowiązku. Pytają o wyprawę: jaki to samochód, co będziecie jedli, gdzie jest Syberia. Wesoło jest nam wszystkim i po chwili jedziemy już dalej. Łotwę opuszczamy z małym zgrzytem. Dama mundurowa nacji łotewskiej uparła się, że nasz pojazd ekspedycyjny, choć zarejestrowany jako specjalny (kempingowy) jest ciężarówką i należy mu się miejsce w kolejce dla TIR-ów - jakieś trzy kilometry do tyłu. Na nic zdał się nasz urok osobisty i tłumaczenia, że w UE jest już inaczej. - do tyłu nalegała blond dama, straszyła nas też jakimś wściekłym naczelnikiem. Zawróciliśmy więc na koniec kolejki, złorzecząc ciemnookiej kici i jej naczelnikowi, po czym od końca kolejno podjeżdżaliśmy pod każdego stojącego TIR-a, z prośbą, aby babie na złość nas przepuścili. Nie ma nic nad męską solidarność - każdy jak jeden czy to Litwin, Łotysz, czy Polak wyrażał zgodę, każdy też złotowłosej posłał parę dosadnych epitetów. Na granicy z Rosją oczekiwano już naszego przyjazdu. Odprawa odbyła się więc szybko i w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Było już ciemno kiedy wjechaliśmy do Rosji.

Parę kilometrów dalej zjechaliśmy w wąską leśną drogę, aby po kilkunastu kilometrach dotrzeć do pewnej miejscowości, gdzie znajduje się słynne na całą Rosję święte źródło. O godzinie dwudziestej stanęliśmy tuż przy cudownej wodzie.
26 stycznia 2008
Trudno w to uwierzyć, ale było jeszcze ciemno, kiedy zaczął się ruch przy "świętnym źródle".
Jeden po drugim zjeżdżały się samochody, ludzie z trudem wspinali się po oblodzonych stromych schodach, tankując puste baniaki na wodę. Zaczerpnęliśmy języka... Okazało się, że woda jest cudowna od paru stuleci, kiedy to w źródle wykąpano chore dziecko, które po tym nagle ozdrowiało. Kolejne pokolenia dodawały swoje historie, co nieco i tak powstała wspaniała, cudowna legenda oraz nowe ozdrowienia. Nasz rozmówca skarżył się jednak, że z roku na rok woda jest coraz bardziej zielona, ale swą moc dalej posiada - przekonywał.
Około godziny dziewiątej, uzdrowieni już, ruszyliśmy opłotkami w kierunku Moskwy.

Droga okazała się nad wyraz zła, często też przedzieraliśmy się przez mokry, głęboki śnieg.
Ponieważ start honorowy ekspedycji z Placu Czerwonego w Moskwie został ustalony na poniedziałek, bez pośpiechu zwiedzaliśmy okolicę.
Zatrzymaliśmy się w kilku wsiach i nad położonym wśród lasu jeziorze. Później wyjechaliśmy na M 9 i wszystko, co fajne się skończyło. Teraz walczyliśmy z dziurawym asfaltem i obłoconymi ciężarówkami. Wieczorem zatrzymaliśmy się w lesie na nocleg. Jutro planujemy wjazd do Moskwy.
27, 28 stycznia 2008
Około południa wjechaliśmy do zaśnieżonego centrum Moskwy. Jako, że konferencja prasowa oraz honorowy start został zaplanowany na dzień następny, resztę dania przeznaczyliśmy na mycie i oględziny pojazdu. Wieczorem spotkaliśmy się również z grupą starych znajomych.
Następnego dnia zgodnie z planem, po krótkiej konferencji prasowej, przejechaliśmy ulicami Moskwy na Plac Czerwony, gdzie tradycyjnie już, wykonaliśmy stosowne fotografie pamiątkowe. To osobliwe miejsce, rozpoznawalne na całym świecie, znane także z tego, że właśnie stąd wyruszały na Syberię wszystkie znaczące wyprawy eksploracyjne. Nasz start honorowy był więc jak najbardziej uzasadniony.
Około godziny 15.00 opuściliśmy stolicę Federacji Rosyjskiej. Rozpętała się burza śniegowa. Przedzieraliśmy się w kolumnie wolno sunących pojazdów w kierunku Władimira, omijając wygrzebujące się ze śniegu co mniejsze samochody. Widoczność spadła praktycznie do zera, a jazda stała się udręką. Później śnieg przestał padać i zrobiła się mokra breja, która za jakiś czas zamieniła się w lodowisko. Minęliśmy Władimir i na noc zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce pomiędzy opuszczonymi domami w okolicach miasta Niżnyj Nowgorod.
29 stycznia 2008
W nocy sypnęło śniegiem. Sypnęło porządnie jak to w Rosji o tej porze bywa. Ruch na szosie został sparaliżowany, wiele pojazdów utknęło w śniegu. My bez problemu przedzieraliśmy się do przodu, często jednak zygzakiem, gdyż omijaliśmy zakopane w śniegu pojazdy. Problemy miały nawet służby porządkowe, pługi nie nadążały z odśnieżaniem. Temperatura spadła grubo poniżej zera i pod puszystym śniegiem zrobiła się szklanka.
Bardzo wolno posuwaliśmy się do przodu, mijając co chwila powywracane ciężarówki. Dawno już nie widzieliśmy takiej zimy. Bilans dnia niezbyt imponujący - przez 18 godzin jazdy pokonaliśmy zaledwie 500 km. Noc spędziliśmy za Kazaniem, przytuleni do ściany ośnieżonego lasu.
30 stycznia 2008
Kontynuujemy walkę z zimą. Jako, że znajdujemy się jeszcze w Europie ruch pojazdów jest znaczny. Gospodarka Rosji ma się dobrze, przeważają więc pojazdy z naczepami. Dzień trwa krótko, za krótko, aby za jasnego wykonać dzienną normę. Za Kazaniem skręcamy w kierunku na Iżewsk, na drodze robi się nieco luźniej, ale w zamian są koleiny jest do tego bardzo ślisko. To górzysty kręty odcinek, wiec znów ledwo, ledwo posuwamy się do przodu. Późna nocą znajdujemy boczną zaśnieżoną ścieżynę- skręcamy w las na nocleg.
31 stycznia 2008
Im dalej od Europy, tym słoneczniej i piękniej. Około południa przecinamy pasmo górskie Ural i tym samym wjeżdżamy do Azji.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, zmienia się otoczenie - świeci ostre zimowe słońce, wioski lśnią brązem pośród otaczającej je zewsząd bieli. Dzisiaj nadrabiamy nieco "złą pogodę" i niczym rakieta mkniemy ku swemu przeznaczeniu. Po południu uroczysty posiłek - jesteśmy przecież już w Azji. Wieczorem zatrzymujemy się koło Tjumnienia.
1 lutego 2008
Przed południem dotarliśmy do Tjumienia. Z reguły omijamy szerokim wszelkie duże syberyjskie miasta, dziś jednak robimy wyjątek, zamierzamy, bowiem wysłać wieści na stronę internetową. Mamy tu swoich znajomych, wiec dużego problemu nie ma i po godzinie jesteśmy ponownie na trasie.

Jedziemy w słońcu pośród pięknej, czystej syberyjskiej zimy. Wkoło jak okiem sięgnąć zaśnieżone pola, kępy brzóz typowe dla niziny zachodniosyberyjskiej. Prosta droga ciągnie kilometrami. Mamy dokładne mapy, wiec gdzie możemy skracamy sobie trasę jadąc po prostu na przełaj. Pojazd mamy wysoki i silny, ogumienie najlepsze, jakie wymyślił człowiek (Michelin), więc problemu z pokonywaniem bezdroży nie ma. Tak się nam to spodobało, że z rozczarowaniem wracamy na śliską zalodzoną drogę. Wieczorem zaśnieżoną równiną wyjeżdżamy daleko od drogi i nocujemy pośród zaśnieżonych brzóz.
2 lutego2008
Minęliśmy Omsk. Po południu zatrzymaliśmy się w pewnej wiosce, aby zaopatrzyć się w wodę. Jako, że samochód nasz nie należy do często widywanych na Syberii, nasz przyjazd okazał się nie lada atrakcją dla jej mieszkańców.

Jak zwykle pierwsze pojawiły się dzieci i wskazały drogę do miejsca gdzie mieszkańcy zaopatrują się w wodę. Pytania: skąd, dokąd itd nie miały końca.

Później zjawili się starsi mieszkańcy. Zaproszono nas w gościnę, ale było nam pilno w drogę, wiec grzecznie podziękowaliśmy. Nabraliśmy wody, obdarowaliśmy dzieciaki cukierkami oraz "wszechobecnym" kremem czekoladowym, który w nadmiarze otrzymaliśmy z gdańskiej fabryki czekolady "Bałtyk". Tak więc w imieniu syberyjskich dzieciaków oraz oczywiście własnym, serdecznie dziękujemy fabryce czekolady za dary jakie od niej szczodrze otrzymaliśmy. To dla nas ważne, bowiem w Rosji nie wypada w gościnę przychodzić z pustymi rękoma. O naszych sponsorach nie raz jeszcze w relacjach wspomnimy, póki co dzięki ich pomocy ciasno nam w domku na kółkach, mamy za to czym się z Sybirakami podzielić. Noc spędziliśmy niedaleko Nowosybirska.
3 lutego 2008
Dzisiaj wyjechaliby bardzo wcześnie, aby z samego rana przejechać przez Nowosybirsk. Jako, że wypadła niedziela, miasto jeszcze spało, kiedy je opuściliśmy. Po południu minęliśmy Kamerowo i wjechaliśmy na odcinek górski. Jak to bywa w górach, pogoda się gwałtownie załamała, zaczął padać gęsty śnieg, co z silnie wiejącym wiatrem zrobiło niezłą zamieć. Było naprawdę źle. Brak dostatecznej widoczności, oblodzona droga, strome zjazdy, a na poboczach zdradliwe zaspy - brak możliwości zjechania i przeczekania nawałnicy. Kilkakrotnie wpadaliśmy w poślizgi, na szczęście dzięki małej prędkości kontrolowane. Przyznam, że dzień nie należał do najszczęśliwszych...
4 lutego 2008
Podobnie jak wczoraj sypie śnieg. Temperatura w okolicach 20 stopni poniżej zera. To nic z tym co nas czeka. Dzwoniliśmy przed dwoma dniami do miejscowości Ust-Nera, leżącacej na tzw. "biegunie zimna". Poinformowano nas, że obecnie jest tam około minus 64°C. Wieści z Jakucka okazały się pomyślniejsze - ociepliło się znacznie - jest ciepło - tylko minus 42°C!

Minęliśmy Krasnojarsk. Za miastem ponownie wjechaliśmy w góry - powtórzyła się wczorajsza sytuacja: gęsty opad, ograniczona widoczność, gołoledź, do tego nic po drodze, tylko tajga, śnieg i jeszcze raz śnieg. Stan oblodzonej drogi strasznie się pogorszył - średnia prędkość spadła do 30 km/h.
6 lutego 2008
Przestało padać. Jako, że w przyrodzie nie ma pustki, w nocy temperatura spadła do - 41°C. Dzisiaj ostatni dzień wyprawy "cywilizowanym światem" - jeszcze za dnia zamierzamy dotrzeć do Ust-Kut, skąd dalej do słynącego z diamentów miasta Mirnyj.
Dalszą drogę odbędziemy tzw. "zimnikami" w teorii drogami zimowymi, w praktyce bezdrożami. Od teraz tą mroźną krainą pojedziemy prosto na północ. Po południu docieramy do miasta, gdzie tankujemy do pełna wszystkie zbiorniki (1700 l.), robimy także ostatnie zakupy. Przed nami pierwszy etap podróży bezdrożem - ponad 1100 kilometrów tajgi, bezludzia, śniegu i mrozu - zaczyna się prawdziwa wyprawa. Na Syberii nic nie jest proste i łatwe. Teoretycznie z Ust-Kut zimą można przedrzeć się do miejscowości Mirnyj, problem jednak leży w znalezieniu miejsca wjazdu do tajgi, które okazało się oddalone od miasta aż 120 kilometrów - niestety nie było po drodze znaków drogowych...
Było już ciemno, kiedy znaleźliśmy się wśród drzew, więc dalej postanowiliśmy wyruszyć następnego dnia. Wieczorem z racji, iż zaczynamy pierwszy z najtrudniejszych etapów wyprawy postanowiliśmy wydać kolację w iście arystokratycznym wydaniu. Było pysznie - w powietrzu unosił się zapach parzonej kawy i suszących się skarpet...
7 lutego 2008
Zimą mróz skuwa Syberię. Temperatura często spada poniżej kilkudziesięciu stopni. Życie w tajdze zamiera, szadź okrywa drzewa, wszystko staje się jakieś nieruchome, martwe, jakby nie z tej planety.

Na początku trasa nie wyglądała źle - zimnik wyglądał na uczęszczany. Od czasu do czasu mijała nas kolumna jadących cystern. Wnioskowaliśmy więc, że gdzieś coś wydobywają lub budują, wiec widok cysterny wśród skutej mrozem tajgi wydawał się nam uzasadniony. Okazało się, że mamy rację - 200 km dalej rozpoczęto wydobycie ropy, a ponieważ nie wybudowano jeszcze rurociągu, urobek transportuje się cysternami prosto do portu rzecznego Osietrowo (Ust-Kut), gdzie jest magazynowany do czasu wznowienia nawigacji na rzece Lenie. Nie byliśmy więc osamotnieni, od czasu do czasu coś z przeciwka jechało Niebawem jednak minęliśmy miejsce wydobycia ropy i zostaliśmy na tym bezludziu sami. Jechaliśmy teraz porośniętymi tajgą górami, droga zrobiła się kręta i węższa - miało się wrażenie, że prowadzi donikąd.

Po południu zerwał się wiatr, niebo pokryło się chmurami, zrobiło się cieplej, za to zaczął padać gesty śnieg. Opad rychło zamienił się w śnieżycę, widoczność spadła do zera, poruszaliśmy się prawie po omacku. Niestety, zaczęły się kłopoty ze sprzętem. Podczas przelewania paliwa ze zbiorników dodatkowych, zauważyliśmy wyciek oleju - rozszczelnił się przewód prowadzący ze skrzyni biegów do chłodnicy oleju. Na nic zdały się próby dokręcenia nakrętek - potrzebna była duża, nowa miedziana podkładka, tej jednak ze sobą nie mieliśmy. Nieszczęścia chodzą parami, wiec chwilę później przestała prawidłowo funkcjonować skrzynia biegów - pozostała w pozycji "biegi terenowe" - mieliśmy teraz nadmiar mocy, nie mieliśmy natomiast prędkości. Winą oczywiście obarczyliśmy wyciekający olej. Metodą "prób i błędów" nad ranem znaleźliśmy przyczynę - była prozaiczna i wynikająca z braku fantazji i niedbalstwa przy montażu dodatkowych gniazd zapalniczek, kiedy to przemontowano w nieodpowiednie miejsce elektryczny sterownik kontrolujący i sterujący pracą skrzyni biegów. Mało, że przemontowano to jeszcze nie został solidnie dokręcony pozbawiając urządzenie masy. Ma się rozumieć nie od razu znaleźliśmy tą dolegliwość - na pewnym etapie poszukiwań doszliśmy do wniosku, że niski stan oleju w skrzyni zakłóca jej pracę - więc ochoczo dolaliśmy olej, później po znalezieniu przyczyny ponownie spuszczaliśmy i wszystko to w nocy, podczas mrozu i szalejącej śnieżycy, dlatego tylko, że ktoś chciał być mądrzejszy od konstruktora pojazdu. Cóż, awarie to także urok wyprawy...
8 lutego 2008
Wcześnie rano, brudni i niewyspani, powlekliśmy się dalej. Przedzieramy się przez zwały świeżego śniegu. Szlaku nie widać, zasypała go wczorajsza śnieżyca. Jedziemy w pewnym sensie po omacku, wkoło tylko tajga i tajga. Mamy do pokonania 1100 kilometrów lasu, 1100 kilometrów całkowitej głuszy, gdzie na trasie nie ma żadnej miejscowości, żadnego śladu obecności człowieka. Na tym liczącym ponad tysiąckilometrowym odcinku jest tylko kilka orientacyjnych punktów, nazwanych swojsko: stary zajec, niedźwiedź - ot swojskie nazwy. To oazy pośród oceanu drzew. Stoją tam małe myśliwskie chatki, jest też miejsce na kilka pojazdów - i to wszystko na liczącym ponad tysiąc kilometrów odcinku tajgi.

Jedziemy teraz krainą jakby ze złej bajki. Wkoło dziwna cisza, spalone mrozem drzewa. Cóż by było znaleźć się tu w pojedynkę, bez pojazdu. Strach nawet o tym myśleć. Tempo jazdy też nie jest imponujące - średnia wynosi 15 km/h. Po południu godzinna przerwa na posiłek, to również czas na przegląd pojazdu i porządki. Trzeba na powrót wszystko poukładać, bywa że po kilku kilometrach dziur, nasz cały dobytek leży przykładnie na podłodze. Znów temperatura spadła poniżej -40°C - nie odczuwamy tego bardzo, bo choć w kabinie nie jest za ciepło, to jesteśmy dostatecznie ciepło ubrani. Noc spędzamy pod gwiezdnym niebem - oj będzie zimno!
9 lutego 2008
Ranek zgodnie z przewidywaniami okazał się bardzo mroźny. Od kilku już dni na postojach nie wyłączamy już silnika. Zużycie paliwa małe, a jest pewność, że pojedziemy dalej. Z tym jednak różnie. Pierwsze metry, a nawet kilometry nie napawają optymizmem. Gęstniejący w mostach i zwolnicach, a także w skrzyni biegów olej sprawia, że pojazd ledwo, ledwo się toczy, ciepły silnik pracuje sprawnie, reszta podzespołów dopiero się rozgrzewa. Często dochodzą niemiłe uszu każdego kierowcy dźwięki zgrzytu metalu o metal. Dotychczas jednak jakoś ruszamy i z każdym kilometrem wierzymy, że wszystko jest ok.!

W myśl zasady, że póki jedzie trzeba jechać, dzienny czas jazdy po bezdrożach ustaliliśmy na 18 godzin. Dzisiejszy dzień, choć słoneczny okazał się mroźny - na termometrze (w słońcu) cały czas utrzymywała się temperatura - 39°C. Tak było do wieczora. Tysiąc kilometrów na północ to bardzo dużo - dużo tym bardziej zimą. Przekonaliśmy się o tym niebawem. Najpierw zaczęła ciężko chodzić dźwignia zmiany biegów, później przy np. zmianie biegów, sprzęgło reagowało z opóźnieniem - zrozumieliśmy, że to pierwsze symptomy, że zaczynamy zamarzać. Spoglądamy na termometr - jest popsuty.. Na liczącej w minus 50 stopniowej skali zabrakło rtęci!!! Zatrzymujemy pojazd, po ok. 15 minutach rozgrzewamy go na tyle, że zaczynają pracować podzespoły. Ruszamy i po 10 kilometrach ponownie stajemy - znów zamarzamy. Oj, robi się naprawdę niewesoło, cóż jednak - trzeba do przodu. Był już późny wieczór kiedy, niczym latarnia morska dla żeglarzy, tak światła miasta Mirnyj oznajmiły nam ratunek - dojechaliśmy - to było ważne! Po kilkunastu minutach wjechaliśmy na ulice spowitego w mroźnej mgle miasta Mirnyj - stolicy rosyjskich diamentów.
10 lutego 2008
Wczoraj wieczorem po raz pierwszy zaznaliśmy, co znaczy mróz w połączeniu z silnym wiatrem. Szczęście w nieszczęściu, że przytrafiło się to na rogatkach Mirnyj. Była noc, kiedy podjechaliśmy na stację benzynową. Było bardzo wietrznie, temperatura powietrza wynosiła minus 53°C. Trudno było wlać paliwo, gdyż gumowy wąż z dystrybutora tak zesztywniał, że nijak było włożyć wlew pistoletu do baku. Wreszcie się udało go nagiąć i poleciała do zbiornika mrożona ropa. Otwarcie wlewu paliwa dodatkowo spowodowało ścięcie się wody i parafiny w paliwie znajdującym się w zbiorniku. Na efekt tego zabiegu nie trzeba było długo czekać - woda znajdująca się w paliwie zamieniła się w lód i zatkała wszystkie filtry oraz odstojniki. Silnik zaczął się dławić, stracił moc, na złość mróz zespawał sprzęgło oraz dźwignię zmiany biegów. Wszystko to nocą w gęstej, składającej się z drobinek lodu mgle. Nie było wiadomo, gdzie jechać, nie można było się zatrzymać, bo nie widać było nawet krawędzi drogi. Kiedy tak tłukliśmy się po mieście zobaczyliśmy stojący na poboczu gazik. Zatrzymaliśmy się, aby zapytać o jakieś miejsce do parkowania. Po raz kolejny uśmiechnęło się szczęście - trafiliśmy na człowieka z ekipy pogotowia górniczego pobliskiej kopalni diamentów. Po chwili już parkowaliśmy na terenie bazy, a nas niezwłocznie zaproszono na herbatę. Gabaryty naszego pojazdu uniemożliwiły wstawienie pojazdu do garażu, więc pojazd marzł coraz bardziej. Po chwili silnik zadrżał parę razy i po prostu zgasł. Zdaliśmy sobie sprawę, co to oznacza i biegiem do uruchomiania. - jeden do pompy paliwowej, drugi do rozruchu, po chwili silnik zaskoczył, lecz jeszcze długo nie utrzymywał wolnych obrotów. Noc, przeraźliwy mróz i wiatr, wszystko to uniemożliwiało jakiekolwiek zabiegi przy pojeździe. Na zmianę więc dyżurowaliśmy przy samochodzie - byle do rana, byle do ciepła słońca. Było jeszcze ciemno, kiedy przygotowaliśmy się do ekspresowej wymiany filtrów, Należało to zrobić możliwie szybko, aby nie ostygł do końca silnik. Po pięciu minutach problem został zażegnany - silnik pracował już równomiernie. Wieczorem długo siedzieliśmy i rozmawialiśmy z górnikami o diamentach...
11 lutego 2008
Korzystając z niebywałych znajomości, z samego rana w towarzystwie panów ratowników wyruszyliśmy na zwiedzanie zabronionych dla postronnych osób miejsc. Ma się rozumieć chodzi o miejsca wydobycia diamentów. Cały Mirnyj stanął przed nami otworem. Byliśmy wszędzie, gdzie miejsca znaczone są cyframi w milionach dolarów.
 Po południu z żalem opuściliśmy miasto i udaliśmy się w kierunku miejscowości Aumaznyj, gdzie zaczyna się "zimnik" prowadzący w kierunku Jakucka.
12 lutego 2008
Mróz, tajga, bezludzie - z trudem do przodu. Chłodem opłacony każdy kilometr. Po południu, zaczęła się purga (syberyjska śnieżyca). Najpierw niewinnie nieco powiało, za chwilę rozszalała się nawałnica. Widoczność spadła do zera, stało się to tak gwałtownie, że wręcz trudno było zatrzymać pojazd. Z perspektywy Europy rzecz niewyobrażalna - stoimy teraz gdzieś w środku tajgi, na prawo i lewo tajga, tajga i tylko tajga. Z mapy wynika, że do najbliższego osiedla, gdzie być może mieszkają jeszcze ludzie jest ponad 650 km. Zamarzamy już na amen. Pomimo pracującego silnika zamarzają "bogate" w wodę przewody paliwowe. Silnik pracuje nierównomiernie, chce na siłę zgasnąć - my mu nie dajemy. Czekamy na dzień, aby powtórzyć filtrową akcję. Nie można już wycisnąć sprzęgła, silnik cały czas się dusi. Wiemy już - to woda w paliwie. Do Jakucka pozostało jakieś 500 km. Wkoło białe ścięte mrozem drzewa, wkoło tylko ciemność i złowroga cisza. Jest niby wesoło, ale mamy smętne miny. To niebywałe, co potrafi ponad 50 stopniowy mróz.
13 lutego 2008
Jeszcze pada, wokół tylko biel i ledwo widoczna skąpana w śniegu przecinka, którędy prowadzi szlak do Jakucka. Mamy szczęście - po południu opad ustaje. Jedziemy teraz po dziewiczym śniegu, z różnym powodzeniem zgadując, gdzie jest droga. Kilkanaście skutych lodem rzek, które przejeżdżamy po lodzie, utwierdza nas w pewności, że jedziemy w dobrym kierunku - wszystkie je mamy na mapie.
14 lutego 2008
Także za dnia złe paliwo, które zatankowaliśmy w Mirnyj daje się we znaki. Znów marzniemy na amen - tym razem daleko od cywilizacji. Pedał sprzęgła działa z dużym opóźnieniem, oblodziło instalację grzewczą, szyby pokrył lód. Temperatura w kabinie spadła do minus 37°C. Skrobiemy szyby i jedziemy - byle do Jakucka, tam przygotujemy się właściwie do syberyjskiej zimy. Po południu jesteśmy na rogatkach Jakucka - po raz kolejny się udało!!!
15 lutego 2008
Jakuck. Od wczoraj nasz pojazd stoi w ciepłej, przytulnej hali. Stoi w zacnym towarzystwie: "Kamazów", "Mazów" i "Urali" - jednym słowem "Tirów" Syberii. Opiekują się nami kierowcy północy - to oni tworzą te przysłowiowe ostatnie ogniwo lądowego transportu na naszej planecie... Jak się tu znaleźliśmy? Powiem prosto - stare, liczące kilkanaście lat znajomości. Dzisiaj od rana pięciu ludzi przystosowuje nasz pojazd do mrozów, mrozów nie byle jakich, bo poniżej 60°C. Nie ma żartów mówią kierowcy - mamy zimę stulecia. Na początek opróżniono mi zbiorniki paliwa. Zlano ponad 200 litrów "zatrutego wodą" diesla, przeczyszczono cały układ paliwowy, wstawiono podwójne szyby, zasłonięto wloty powietrza do filtra i silnika, wyprowadzając je z ciepłej komory silnika. Na koniec kilkoma warstwami na przemian filcu i specjalnej maty ocieplono podłogę. To tak z grubsza. Trudno uwierzyć - wszystko gratis! Dlaczego? - z szacunku dla naszej, jak to określili, odwagi. Ta sprawa została ustalona wczoraj. Kiedy na wpół zamarzniętym pojazdem wjechaliśmy do hali przywitano nas tak jak wita się ludzi na Syberii, bynajmniej nie chlebem i solą. Kiedy się niczym stare panienki wzbranialiśmy od tej syberyjskiej powinności, powiedziano nam krótko: tak jak będziecie "rebiata" z nami pili, tak będziemy ochoczo jutro dla was pracowali... Dziś nie ma pracy - samochód musi się odmrozić - jednogłośnie stwierdzili. Cóż więc było robić... trza nam przecież jechać dalej. Jak obiecali tak zrobili - wieczorem pojazd stał gotowy do drogi. Następnego dnia spotkaliśmy się z władzami Republiki - daliśmy i dostaliśmy podarki. Później odebraliśmy stosowne przepustki zezwalające na poruszanie się w północnych rejonach przygranicznych, zjedliśmy pożegnalny obiad na koszt rządu i wdzięczni za wszystko wjechaliśmy na lód rzeki Leny,

aby po 16 km "lodowej przeprawie" wyjechać na trakt kołymski - słynną drogę "na kościach" prowadzącą z Jakucka do Pacyfiku, konkretnie do Magadanu. Była późna noc, kiedy dotarliśmy na rogatki oddalonej o 400 km od Jakucka miejscowości Chandyga.
16 lutego 2008
Rano zatankowaliśmy po korki wszystkie baki. Tym razem paliwem "Arktyka", najlepszym na świecie dieslem zimowym i wyruszyliśmy na trasę. Po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do Gór Wierchojańskich.

Krajobraz, jaki tu ujrzeliśmy jest trudny do opisania, więc tego nie czynimy, jesteśmy natomiast pewni, że nawet najlepsze fotografie nie pokażą piękna przyrody tego zakątka świata. Siarczysty mróz, pokryty lodem trakt oraz częste przystanki na robienie zdjęć sprawiły, że dopiero wieczorem minęliśmy skrzyżowanie z drogą prowadzącą do Ojmiakonu - "bieguna zimna" naszej półkuli. Ponieważ, aby tam zajechać stracilibyśmy dzień, postanowiliśmy odwiedzić "to zimno" w drodze powrotnej, śpieszno nam bowiem na Czukotkę. Za radą miejscowych, noc spędziliśmy wysoko w górach na "bezimiennej przełęczy", którą niewiadomo dlaczego, skoro "bezimienna", wszyscy zwą "orlim okiem"...
Temperatura nocą spadła grubo poniżej 50°C. Szlag nas trafia, kiedy wszyscy wkoło mówią, że jeszcze jest ciepło. Tu ciekawostka - odwrotnie jak każe czynić reguła, na Biegunie Zimna w Jakucji cieplej jest wysoko w górach, aniżeli na nizinach - dlatego też kierowcy zatrzymują na noc swe pojazdy na przełęczach, czym wyżej tym lepiej - na nizinach po prostu zamarzliby na amen.
17 lutego 2008
Kontynuujemy jazdę w kierunku m. Ust-Nera. Jakieś 90 km dalej, niedaleko nieistniejącej już miejscowości Burystach, kończy się dla nas jakakolwiek oznaka cywilizacji - zjeżdżamy z traktu kołymskiego, aby zapuścić się w najbardziej dzikie rejony Syberii - tędy "dzikim zimnikiem", całkowitym bezludziem i bezdrożem chcemy dotrzeć na Czukotkę. Biorąc pod uwagę dotychczasowe przygody z mrozem i zimnem, aż strach o tym myśleć. Nie opisujemy tu zimna, z którym codziennie mamy do czynienia - nie mamy na to czasu, jesteśmy przecież w drodze, dodam tylko, że każda czynność wykonywana w tych warunkach jest strasznym przeżyciem - mróz spawa wszystko: nie można otworzyć drzwi, korka od baku, uchylić okna, odkręcić śruby, nie można wcisnąć sprzęgła, zmienić biegu - wszystko jest mrozem zaspawane... Temperatury określamy już bezbłędnie: do minus 45°C można zmieniać biegi, można nawet wcisnąć sprzęgło - poniżej już nie...

Zamarzł nam na kość koncentrat mający za zadanie zapobieganie zamarzaniu paliwa... To tylko niektóre znane nam symptomy określania temperatury otoczenia. W Ust-Nera dolaliśmy paliwa do pełna i ku zdziwieniu mieszkańców opuściliśmy miejscowość kierując się na Wschód. Była już noc, kiedy staraliśmy się odnaleźć miejscowość Burystach - okazało się, że śladu po wsi już nie ma, została tylko nazwa na mapie. W ciemnościach wypatrujemy jakiś zgliszcz, choćby budy po psie - nic tylko noc, blada biel śniegu, dookoła góry, od czasu do czasu ciemniejszy zarys lasu. Kilometry dawno już wyszły, cóż zawracamy. Wreszcie jakaś rzeka - z mapy wynika, że nazywa się "Burystach" - szybka decyzja, skręcamy w dzicz, powoli wjeżdżamy na lód - jest mocny, powoli zanurzamy się w czerń lasu. Zrobiło się nieco nieswojo... póki co trakt, choć całkowicie pusty dawał jakieś tam złudne poczucie bezpieczeństwa - teraz zostaliśmy sami. Tylko my i prawdziwa dzika, skuta mrozem Syberia. Nie jesteśmy pewni wyboru - chcemy na północ, rzeka nie chce, wije się meandrami. Jedziemy raz na wschód, to na zachód, ciągła niepewność, a zapytać nie ma kogo... Po 30 kilometrach zatrzymujemy się na noc - pierwszą na zamarzniętej rzece. Niebawem już okazało się, jaki to był poważny błąd.
Dalej już tylko fotki. Nie mamy sił, aby pisać!!!!!!!
Przez Gory i doliny |
Tylko nasz slad |
Na Sasyr |
Przestrzenie |
Przez dziewiczy śnieg |
Na azymut |
Kierunek Sasyr |
Dzienny przebieg 34 km |
Przez Syberie |
My i przyroda |
Przez gory i doliny |
W nieznane |
Wysoko na przełęczy |
Zamarznięte jeziora |
Pod górę |
Przestrzenie |
Gdzie jechać ? |
Piękno, piękno |
Sasyr |
Na wschód |
Śnieg i kamienie |
Jakucka tajga |
Krzyżówka |
Na kolejnej rzece |
Przez G. Czerskiego |
Ugolnoje |
Zalamal sie lód |
Zamarzamy |
Zirkianka |
Zimno |
Na Kołymie |
Coś leci z ziemi |
Po kolejnej rzece |
Z wizytą u mysliwych |
Myśliwska izbuszka |
Głowa |
Ucha |
Menu |
Gościna |
Gościna |
Walonki |
Prezent od nas |
Wyposażenie skutera |
Przekraczamy polarny krąg na rz. Kolymie |
|
24 lutego 2008
26 lutego 2008
Ekspedycja Stulecia dotarła na Czukotkę. Załoga w pełnym składzie dojechała do Bilibiny. Dowiedzieliśmy się, że Pevek (kolejny etap wyprawy) odcięty jest od świata. Wieje huragan, przy 45-cio stopniowym mrozie.
Mamy więc przymusowy odpoczynek, ale też i czas na przegląd samochodu. Pierwszy raz gasimy silnik.
Czekamy na polepszenie pogody - na dniach musi przestać wiać. Chcieliśmy wykorzystać wolną chwilę na uzupełnienie relacji z trasy oraz wysłanie zdjęć na stronę - niestety awaria łączy uniemożliwiła nam ten zamiar.
Jesteśmy zmęczeni i znużeni codzienną walką z syberyjską zimą stulecia.
27 lutego 2008
Udało nam się wreszcie wysłać zdjęcia i info na stronę. Te aktualne, jak i te zaległe. Z Bilibiny wyjeżdżamy jutro, chociaż mamy wieści, że szaleją na północy huragany. Może je gdzieś przeczekamy
1 marca 2008
Po wielu trudach związanych z panującą na Syberii zimą stulecia oraz anomaliami pogodowymi ekspedycja dotarła do miasta Pevek - najbardziej wysuniętego na północ miasta Rosji. Wichury, zamiecie powodujące zaspy śnieżne, znacznie spowalniają pochód wyprawy. Zasypane są prawie wszystkie "zimniki", większość miejscowości na Czukotce odcięta jest od świata. Nawet największa na świecie amerykańsko-kanadyjska kopalnia złota "kupał" nie funkcjonuje z powodu braku paliwa - kolumny cystern stoją w Pevek, czekając na zmianę pogody. Dziś 1 marca - miasto zamarło - wieje huraganowy cyklon, niosący z gór miliony ton śniegu. Cyklon przywędrował znad Kamczatki - już wczoraj przed nim nas ostrzegano. Wiemy, że ta "jużnaja purga" zrówna z ziemią wszystkie istniejące na Czukotce śnieżne szlaki. "Zimnik" na Mys Schmidta od tego roku już nie istnieje. W zeszłym roku wyprowadzono z tamtejszego garnizonu ostatniego żołnierza. Zamknięto lotnisko, w pasiołku pozostały "niedobitki ludzkie" - nie ma pieniędzy na przecieranie prawie 600 km szlaku donikąd. Miejscowi, poinformowani o naszej marszrucie, zalecają przeczekanie huraganu i odwrót na zachód... My natomiast mamy już aż trzy warianty podróży: przez nieistniejący pasiołek Kranoarmeniskij, Konsomolskij do Bilings, skąd morzem w kierunku Mys Schmidta, dalej na południe w kierunku na Egvekinot do 121 km, gdzie zaczniemy ponownie pochód na północny wschód w kierunku Nutepilimen - stamtąd już niedaleko. Lub trasą dłuższą tzw. południową do Egvekinot, skąd do 121 km i dalej jak wyżej, trzeci to po morzu wzdłuż "Kosy dwóch pilotów" - jednakże duża pokrywa śniegu sprawia, że lód jest tego roku b. cienki, a niektóre niezamarzające rzeczki trzeba omijać pełnym morzem, a tam z kolei torosy... Póki co przeczekamy cyklon i ruszamy do ostatniego najtrudniejszego etapu ekspedycji.
Droga w kierunku Pevek |
Na trasie |
Miedzy Bilibino - Pevek |
Pustka, mróz i śnieg |
Dotarliśmy do brzegu oceanu lodowatego |
Na brzegu oceanu |
Pevek |
 |
 |
 |
|
|
6 marca 2008
Jesteśmy w Egvekinot. Szaleją wiatry i śnieżyce. Przebijamy się dalej. Wczoraj przekroczyliśmy 180 stopień.
14 marca 2008
Po trwającym przeszło tydzień ostatnim szturmie, Ekspedycja Stulecia w składzie: Romuald Koperski, Marian Pilorz oraz Victor Makarovskiy osiągnęła cel wyprawy docierając na krańce Półwyspu Czukockiego, w miejsce, gdzie spotykają się ze sobą dwa oceany: Ocean Lodowaty z Oceanem Spokojnym.
W przeciągu dwóch miesięcy pokonaliśmy ponad dwadzieścia dwa tysiące kilometrów oraz dwanaście stref czasowych. Sami, jednym pojazdem, bez żadnego wsparcia przejechaliśmy tysiące kilometrów syberyjskiego bezdroża, w warunkach wyjątkowo mroźnej i śnieżnej zimy stulecia. Celowo wybraliśmy ten termin, aby w jak najbardziej ekstremalnych warunkach walczyć o pierwszeństwo, aby wejście "na szczyt" odbyło się najtrudniejszą tzw. "północną drogą". Często na trasie byliśmy sami, o tej porze roku w drogę niechętnie wyruszają nawet Rosjanie - to pora mrozów, wichrów i śnieżyc. To my wytyczaliśmy trasy dla innych pojazdów, często biorąc ich po prostu na hol. Dokonaliśmy tego, czego dotychczas nikt przed nami nie dokonał! Już 5 marca w niespełna dwa miesiące od startu w Portugalii, przecięliśmy 180° wschodniej długości geograficznej na trawersie legendarnego przylądka Schmidta, miejsca, do którego docierały i tam kończyły, poprzedzające naszą, inne nieliczne ekspedycje. Tegoż samego dnia dotarliśmy do miasteczka Egvekinot nad zatoką Krzyża, gdzie po zaopatrzeniu się w paliwo oraz niezbędne produkty niezwłocznie wyruszyliśmy dalej. Od tej chwili byliśmy zwycięzcami! Samą Czukotkę przejechaliśmy wzdłuż i wszerz, staliśmy kołami na lodzie Oceanu Lodowatego, a także Oceanu Spokojnego! Przedarliśmy się do miejsca, gdzie dotychczas nie dojechał żaden pojazd kołowy. Swym przejazdem z przylądka Roca w Portugalii, spięliśmy zachodnie krańce Eurazji ze wschodnimi.
Jesteśmy brudni i niesamowicie zmęczeni, bywały dni, że aby pokonać piętnaście metrów potrzebowaliśmy aż pięciu godzin i nie ma tu pomyłki, mowa tu o metrach, a nie kilometrach.
Był tydzień, kiedy przejechaliśmy tylko 207 km przy szesnastogodzinnej walce z wichurą, śnieżycą i ponad pięćdziesięciostopniowym mrozem, uratowaliśmy od niechybnej śmierci dwie przypadkowe osoby, wśród kierowców północy wzbudzaliśmy podziw i szacunek - przygód mieliśmy tysiące i trudno nam teraz to w szczegółach opisać - zrobimy to po powrocie.
Nasza przygoda z Syberią i zimą jeszcze się nie zakończyła - czeka nas długa i równie trudna powrotna droga, tylko o tyle lepsza, że wreszcie do domu.
Pragniemy w tym momencie podziękować wszystkim, którzy pomogli nam w organizacji tej trudnej i niecodziennej ekspedycji - bez Państwa pomocy trudno byłoby nam sprostać tak poważnemu wyzwaniu. Zapraszamy wszystkich na metę - o dacie poinformujemy, nie wiemy jeszcze kiedy. WRACAMY Z TARCZĄ !
Pozycja ekspedycji na dzień 14 marca - północna Jakucja.
Z Pevek wyruszamy na poludniowy-wschód |
Osada Krasnoarmenskij |
Osada Konsomolskij |
Niedaleko za Pevek skonczyła się droga |
Gdzieniegdzie widoczny jest zarys zimnika |
W te strony nikt nie zapuszcza sie w pojedynke |
Za oknem pustka, wiatr i mróz |
Po lodzie Oceanu Lodowatego |
Docieramy do kopalni złota Wolnisty |
Stosowna tablica |
Wśród kierowców północy wzbudzamy podziw i szacunek |
Tylko pustka |
Poranek na zimniku |
Ślady na śniegu świadczą, że nie jesteśmy tu sami |
Byle do przodu |
Na trasie do Zatoki Krzyża na Pacyfiku |
Koło Egvekinot po raz kolejny przekraczamy Koło Podbiegunowe |
Jest okropnie zimno |
Straszliwie zimno |
Egvekinot |
Egvekinot |
Egvekinot |
Egvekinot |
W Egvekinot tankujemy do pelna wszystkie zbiorniki |
Z Evekinot wyruszamy do ostatecznego starcia |
Od teraz droga prowadzi wyłącznie na azymut |
Jak okiem siegnąć tylko tundra |
Z duchami Czukotki trzeba w zgodzie żyć |
Z duchami Czukotki trzeba w zgodzie żyć |
Z duchami w zgodzie wszyscy chcą być |
Spotykamy po drodze |
Pytamy o dalszą drogę |
Zjawia się cała rodzina |
Brezentowy namiot to mieszkane Czukczów |
Na dworze jest -57 stopni |
Malemu Czukczy jest goraco |
Stary Czukcza ma na nas ochotę |
Mały Czukcza i kamyczki |
Mam roczek a na dworze jest - 57 stopni |
Babcia i wnuk |
Rodzina |
Z młodszym braciszkiem |
Namawiają nas abyśmy zostali |
Rodzinne zdjęcie |
Dalej na Wschód już tylko bezdroże |
Zalecana pokrywa śniegu |
Niestety codzienność weryfikuje życzenia |
Przerwa w odśnieżaniu |
Odśnieżanie na leżąco |
Odśnieżanie na śniadanie |
Rekord w 5 godz. 15 metrów |
Każdy metr jest Syberii wydarty |
Nie ma dnia bez łopaty |
Znów na brzegu Oceanu lodowatego |
Znów tundra |
Dotarliśmy na krańce Czukotki. Niedaleko stąd łaczą się ze sobą dwa oceany |
Spieliśmy zachodnie krańce Euroazji ze wschodnimi |
Ku chwale Ojczyzny! |
Po paru dniach znów na zimniku - wracamy do domu! |
Wracamy nawet nocą |
19 marca 2008
Wracamy. W burzach śnieżnych i zawiejach, ale wracamy.
Pozycja ekspedycji - Chandyga.
20 marca 2008
Pozycja ekspedycji - Jakuck.
23 marca 2008
Pozycja ekspedycji - Tynda.
25 marca 2008
Pozycja ekspedycji - Irkuck. Z Tyndy do Irkucka przedzieraliśmy się przez góry, więc tempo jazdy nie było najlepsze. Teraz już prosta droga, którą pokonywałem dziesiątki razy. Wkrótce określimy datę mety w Gdańsku.
26 marca 2008
Pozycja ekspedycji - Krasnojarsk.
31 marca 2008
Pozycja ekspedycji - Moskwa.
01 kwietnia 2008
Pozycja ekspedycji - Litwa.
03 kwietnia 2008
Planowana meta ekspedycji: Gdańsk, C.H. Manhattan godz. 12.00
|
 |